Tuesday, May 15, 2007

Powrót

W drodze powrotnej w Londynie musiałam dopłacić za bagaż 40 ze 125 funtów, które otrzymałam na wyjazd od firmy „Campari". Jest to o tyle zabawniejsze, że jak wiem od p. Galdino Zenere, przedstawiciela „Campari" w Polsce, firma ta chciała przekazać na mój wyjazd do Londynu około 2 tys. dolarów. Mój manager postawił veto i firma, nie mogąc przekazać tych pieniędzy oficjalnie, nie przekazała ich oczywiście w ogóle.
Jedynym przypadkiem porządnego potraktowania mnie przez moich managerów był mój wyjazd do Londynu. Otrzymałam wtedy kilka bardzo ładnych strojów z Mody Polskiej i Telimeny. Ceny w Modzie Polskiej są niestety bardzo wysokie. Organizatorzy przeznaczyli około 130 tys. na owo wyekwipowanie. Ja dopłaciłam do tego tylko około 30 tys. Były to jedyne wydatki związane ze mną, które przez cały rok poniosło Biuro MP. Wszystkie nagrody bowiem, które koronowane panny otrzymują, są darami sponsorów konkursu, a więc poza kosztami. Bilety samolotowe na konkursy są płacone przez organizatorów owych konkursów. Zakwaterowanie i wyżywienie tamże — jak wyżej. Innych wydatków właściwie nic ma. Ile natomiast kosztuje obsługa (?!) miss przez zatrudnione w biurze osoby (3 czy 4)? no, pobawmy się w księgowość.
Dwa koncerty w Sali Kongresowej (nie wszystkie miejsca zajęte na półfinale), a więc około 5 tys. widzów x 1500 zł (na próby sala wypożyczona bezpłatnie);
Akredytacje reporterów (stu czy więcej) x 5000 zł.
Bal Koronacyjny około tysiąca osób x 6000 zł minus koszty;
Sprzedaż gadgetów typu podkoszulki z napisem MP nie wiem ile razy 600 zł równa się dużo;
Sprzedaż kalendarzy MP kilkudziesięciu tysięcy sztuk x 250 i 390 zł = parędziesiąt milionów obrotu.
Rzecz ostatnia jest dla mnie niejasna, a więc krótki komentarz. Kalendarze te drukowała firma polonijna „Polmark", a nie RSW i oczywiście tam pozostały zyski. Nie wiem ile, ale jakieś pieniądze firma ta przekazała do Biura MP za to, że właśnie jej umożliwiono drukowanie. I tu właśnie uwidacznia się po raz kolejny owa magma prawna. Prywatnie wiem, że firma ta przekazała niejako specjalnie dla mnie tytułem honorarium za owe kalendarze na konto biura pieniądze na wyposażenie do Londynu. Oficjalne honorarium, które otrzymałyśmy, wynosiło 12 tys. zł. Czy też biuro wyposażyło mnie z tych środków czy z czystego zysku imprezy — to różnica między tymi dwoma możliwościami jest jedynie taka, że w pierwszym przypadku nie kosztowała¬bym ich przez cały rok nic, a w drugim ową wymienioną sumę. Jednakże cóż to ma za znaczenie, kiedy ów zdroworozsądkowy rachunek przeprowadzony przeze mnie wskazu¬je, iż rząd wielkości jakby nie ten.
I w takim kontekście dowiaduję się przed wyjazdem na konkurs Miss Europa, że firma pieniędzy nie ma, bo z kilku czy kilkunastu milionów po odjęciu kosztów i sumy 600 tys. wpłaconych na cel charytatywny nie pozostało nic. Wzrusza mnie to do tego stopnia, że nie wiem, czy nie poprosić o możliwość wpłacenia jakichś pieniędzy na konto biura. Nie robię tego z powodu wrodzonego złego charakteru oraz z obawy przed wydziałem finansowym, w którym żaden z urzędników nie uwierzyłby, że dołożywszy do tego tytułu około 800 tys. zł dokładam dalej, w dodatku nic nie zara¬biając.
Nie wątpię, oczywiście, że rachunki znajdujące się w Biurze MP na wypadek kontroli są zaksięgowane zupełnie poprawnie i zupełnie inaczej i sądzę, że koszty zatrudnienia tych 3-4 osób są wystarczająco wysokie (nie w sensie wynagrodzenia oczywiście). Pytanie tylko, po co tam się kogokol¬wiek zatrudnia przez cały rok, skoro pracę, którą biuro wykonuje można wykonać w miesiąc i samemu.
Ostatnie parę akapitów poświęciłam sprawom finansowym i z mojego rozdrażnionego tonu niektórzy pewnie wnioskują, że chodzi tu o pieniądze. Otóż niezupełnie, a nawet zdecydowanie nie. Wszyscy zainteresowani wiedzą, iż podczas tego roku „bycia miss" prawie codziennie otrzymywałam jakieś propozycje: a to zdjęć reklamowych (od Chevałiera do Jubilera, od FSO do Interfragrance'a), a to objazdów „artystycznych" (na tych szmirowatych objazdach, w których uczestniczą często wybitni aktorzy, zarabia się około 150 tys. w dwa tygodnie), a to przecięcie gdzieś wstęgi, czy wręczenie komuś czegoś. Były nawet propozycje pracy w pewnej gazecie od razu z mieszkaniem. Były też propozycje zagraniczne za tysiąc razy takie pieniądze. Wszystkie te mniej lub bardziej humorystyczne propozycje odrzucałam: bo, po pierwsze, mam ciekawsze rzeczy do robienia w życiu, a po drugie, chociaż Kobiela mawiał, że „mówcie co chcecie, ale lepiej być bogatym i mądrym, niż biednym i głupim", jest oczywiste, że w Polsce, a i na świecie nieczęsto w sposób „mądry" do pieniędzy się dochodzi, a po trzecie to jestem kobietą, zarabiać nie muszę i już.
Chodzi mi więc tylko o to, aby konkurs na najpiękniejszą Polkę przestał być kompletnym chaosem organizacyjnym, prawnym oraz źródłem ciągłych nerwów i irytacji zainteresowanych osób. Co do propozycji p. Anny Kulickicj założenia związku zawodowego kandydatek, odnoszę się z sympatią, ale sądzę, że lepiej likwidować przyczyny niż skutki."
Artykuł, który przytoczyłam wyżej, ukazał się w Polityce, w niedługim czasie od momentu gdy przestałam być Miss. Wydawało mi się wtedy dość ciekawe, zabawne a może nawet istotne opisanie jak wyglądają perypetie Miss Polonii z głównym organizatorem imprezy. Pan Jerzy Chmielewski miał jednak dobre samopoczucie i poczuł się wyżej przytoczonym tekstem bardzo dotknięty. Postanowił wytoczyć mi proces o zniesławienie i tym samym oczyścić się z zarzutów. Było to posunięcie z jego strony nadzwyczaj roztropne, gdyż umożliwiło mu nadal prowadzenie konkursu Miss Polonia z ramienia Expressu Wieczornego (zresztą nie nazbyt długo).
Artykuł ten przytoczyłam właśnie między innymi dlatego, że istnieje niejasność i ciągle wiele osób pyta mnie, jak się to wszystko zakończyło i jaki był rzeczywisty dalszy przebieg wypadków. Tym bardziej wydaje mi się istotne wyjaśnienie tej kwestii, że pan Jerzy Chmielewski rozpowiada wszystkim, którzy chcą go słuchać lub czytać, wygodną dia siebie wersję wydarzeń, która niestety nie ma nic wspólnego z prawdą.
Posuwają się razem z J. Atlasem w ich propagandowej książce pt. „Misstrzostwo świata" (propagującej ich prywatną spółkę „Missland") do rozrywkowego stwierdzenia... „Oskarżona tłumaczyła się jak umiała"... Jak widać dobre samopoczucie nie opuszcza pana Jerzego.
Jak dotychczas z wielu przyczyn nie zajmowałam się nigdzie tą sprawą. Przede wszystkim dlatego, że po roku bycia Miss Polonią postanowiłam zniknąć z mass mediów i z tzw oficjalnego obiegu. Starałam się nie udzielać wywiadów typu: co pani robi i czy już pani jest modelką, czy jeszcze nie i dlaczego? Chciałam, by przestano mnie postrzegać jako chodzący tytuł, a zaczęto jako człowieka, który może mieć coś do powiedzenia a nie tylko do „pokazania". Poza tym nie chciałam funkcjonować (pisać i wypowiadać się) na poziomie publicznego „prania brudów". Nie lubię jednak (a myślę, że nie jestem w tym odosobniona), by wylewano je na mnie. Wydaje się, że czas najwyższy, aby przedstawić rzeczywisty bieg wypadków, który bardzo łatwo ustalić i sprawdzić wracając do protokołów sądowych.
Na proces przybyłam, chociaż niektórym wydaje się, że było inaczej, w ustalonym terminie. Pierwsze spotkanie było, zgodnie z procedurą sądową, tzw. rozprawą pojednawczą

Kiedyś

Wyjazd na konkurs Miss Europa, który odbywał się pod koniec maja. Pytam się swojego „managera", jak zamierza wywiązać się z tego punktu kontraktu, który mówi iż „organizatorzy ze swej strony zapewniają wyekwipowanie zdobywczyni tytułu Miss Polonia na konkursy międzynarodowe". — Nijak — odpowiada. Jak to ? — pytam. — Zupełnie nie mam w czym jechać, przecież te kilka rzeczy, które miałam na konkurs w Londynie, nie nadają się — są to rzeczy wyłącznie zimowe (oprócz dwóch sukienek). — Nie ma pieniędzy — mówi manager. — No to co ja mam zrobić — dopytuję się. Możesz nie jechać — odpowiada. Ale przecież mam już podpisany kontrakt z konkursem, a poza tym, nie wywiązujecie się z tego, co sami podpisaliście. — Nie ma pieniędzy i już. — Dobrze, mówię, ja zapłacę sama, tylko załatwcie mi cokolwiek z Telimeny czy Mody Polskiej, jesteście w końcu instytucją i wam łatwiej. Nie załatwiają nic. Teraz formalności. Ponieważ na trzy tygodnie przed konkursem lecę jeszcze na dwa tygodnie do Egiptu (na zaproszenie sieci Sheratona i egipskiego odpowiednika naszego Orbisu, które to zaproszenie dociera do mnie pewnie tylko dlatego, że nie jest adresowane do Biura Miss Polonia), więc proszę organizatorów o to, aby sprawnie te parę rzeczy załatwili, wypełniam w tym celu podsuwane mi formularze i kwestionariusze. Wracam zgodnie z umową w niedzielę, wylot na konkurs w czwartek. W poniedziałek rano dowiaduję się, że nie tylko paszport jest nieowizowany, ale go w ogóle nie ma. Jadę do RSW Prasa i panie bardzo szybko mi ów paszport wystawiają. Jest już jednak 16.00. Wtorek rano. Jesteś my umówieni o 9.00 w sprawie wizy. Jeden z przedstawicieli Biura MP poznaje nas z jakimś panem, „który pojedzie i wszystko załatwi". Ów pan przeprowadza nas przez zgromadzony przed ambasadą RFN tłum, a wewnątrz powiada, „no cóż, to ja już polecę". Idę do sekretarza ambasady i powiadam, że podobno dzwoniono, przyszłam po odbiór wizy. Jakiej wizy, po co? Nic nie wie. Tłumaczę. Dobrze, proszę czekać.

Rozmowa

Fotoreporterom zapowiedziano w dniu pleneru fotograficznego i wyboru Miss Foto, iż nie mają co wybierać najpiękniejszej, bo już jest. Pan Jerzy Patan ze Szczecina, który mi to niechcący powiedział, tak się tym zasugerował, iż nie zrobił mi żadnego zdjęcia i musiał potem specjalnie przyjeżdżać do Warszawy, gdyż jego gazeta nie miała czego zamieścić. Zresztą robił też zdjęcia Magdaleny Szczepańskiej (Miss Foto '84), których chyba też nie miał. Nie wiem, jak to się stało, że wygrałam; myślę, iż na ten temat mógłby coś więcej powiedzieć ktoś z juty. Ale nie jest to takie ważne — dość. że wygrałam wbrew oczekiwaniom organizatorów. Nie wiem skąd wziął się ten anonim obwieszczający haniebne uczynki panny Ewy Jesionowskiej — być może po prostu organizatorzy doskonalą swe metody działania. No bo niby komu mogłoby przyjść do głowy napisanie w owym anonimie, że „z kandydatką rozmawiano i ta potwierdziła zarzuty" — komuś z publiczności? Kto by o tej rzekomej rozmowie w ogóle mógł wiedzieć? Panna Katarzyna Zawidzka została pozbawiona zawrotnej sumy 150 dolarów w Miami na Florydzie. Przypuszczam iż organizatorzy konkursu Miss Universe zupełnie zgłupieli. widząc p. Jerzego Chmielewskiego tłumaczącego im, aby nie wypłacano naszej Miss owych pieniędzy — 2-3 dniowy zarobek, a tu Miss Kraju... tak, tak, proszę państwa, jednego z bogatszych pośród owych 72 uczestniczących w konkursie. Ale to nie należy do tematu. Nie wiem, czy Katarzynę pozbawiło tej sumy Biuro MP czy kto inny. Ale za to wiem, jaka rozmowa odbyła się między Lidią Wasiak a Ważną Osobą z firmy „Catzy of Poland" trochę wcześniej. Ta polonijna firma przeznaczyła pewną sumę na wyjazd Lidki na konkurs Miss Europa w Austrii, przekazując ją organizatorom konkursu Miss Polonia. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak: W.O.: — Dzień dobry panno Lidio. L: — Dzień dobry szanownemu panu. W.O.: — Jak samopoczucie po powrocie, jak zakupy? L: — Samopoczucie mizerne, zakupy żadne; za te pieniądze... WO: — Nie przesadzajmy, za 2 tys. szylingów można... L: — Jakie dwa? Jeden! WO: — Jaki jeden? Dwa! Przecież dałem im dla pani dwa tysiące. Tu następują słowa, które możemy wykropkować: a następnie: WO: — No nic, w takim razie proszę — oto brakujący tysiąc, a ja sobie od nich odbiorę. Koniec, kurtyna, brawka.